Ogień w palenisku trzaskał cicho, jakby sam nasłuchiwał słów, które miały wkrótce paść. Wysoka komnata nad przystanią Pelargiru tonęła w półcieniu, a przez otwarte okna wdzierał się zapach soli i smoły. Tam właśnie spotkali się synowie Denethora oraz Madril, strażnik i doradca, by powitać gościa, którego imię szeptano w Gondorze z niechęcią — Dalamyra, mistrza floty Umbaru.
Dalamyr stał spokojnie, oparty o stół z mapami. Jego szaty były ciemne jak noc nad morzem, a w oczach czaił się chłodny blask człowieka, który zbyt wiele widział i zbyt wiele zdradził — lub ocalił, zależnie od opowieści.
Boromir pierwszy przerwał ciszę.
— Nie wierzę, że do tego doszło — warknął. — Synowie namiestnika Gondoru mają radzić się korsarza.
Zrobił krok naprzód, dłoń spoczęła na rękojeści miecza. — Twoje okręty paliły nasze wybrzeża, Dalamyrze. Twoi ludzie mordowali rybaków i dzieci. A teraz mamy ci zaufać?
Dalamyr nie drgnął.
— Nie proszę o zaufanie — odparł niskim głosem. — Jedynie o rozum.
— Rozum?! — Boromir uderzył pięścią w stół, aż mapy zadrżały. — Jedyną mową, jaką znają korsarze, jest stal i ogień!
— Bracie. — Głos Faramira był cichy, lecz stanowczy. — Nie przyszliśmy tu, by wznawiać dawne wojny.
Boromir odwrócił się ku niemu gwałtownie.
— A po co? By podać mu dłoń? By zaprosić wroga do naszych portów?
Faramir spojrzał mu prosto w oczy.
— By ocalić Gondor.
Po chwili dodał: — A może i więcej niż Gondor.
Madril przesunął się bliżej stołu i wskazał na północną część mapy, gdzie kredą zaznaczono poszarpane linie i znaki zapytania.
— Wieści, które nadchodzą z północy, nie są zwykłymi plotkami. — powiedział. — Cienie poruszają się po wodach, gdzie nigdy ich nie było. Okręty giną bez śladu. A to, co się tam budzi…
Zawahał się. — …jest większe niż siły Gondoru. I większe niż flota Umbaru.
Dalamyr skinął głową.
— Moi zwiadowcy mówią to samo. Morze się zmienia. A coś wzywa je ku sobie.
Boromir prychnął pogardliwie.
— I nagle troszczysz się o świat?
— Troszczę się o przetrwanie — odpowiedział Dalamyr. — Jeśli północ upadnie, południe pójdzie za nią. A wraz z nim Umbar.
Zapadła cisza, ciężka jak burzowe chmury.
— Nie mamy wyjścia — rzekł w końcu Madril. — Nasze okręty są zbyt nieliczne, by płynąć na północ i wrócić. Korsarze znają te wody. Bez nich dotrzemy donikąd.
Boromir zacisnął szczękę.
— Wolałbym zginąć w bitwie, niż walczyć u boku tych, którzy plądrowali nasze brzegi.
Faramir położył mu dłoń na ramieniu.
— Odwaga to nie tylko walka z wrogiem — powiedział spokojnie. — Czasem to walka z własną nienawiścią.
Boromir spojrzał na brata długo, jakby ważył każde słowo. Wreszcie odwrócił się ku Dalamyrowi.
— Jeśli mnie zdradzisz — powiedział cicho — zabiję cię własnoręcznie, choćby morze miało mnie pochłonąć.
Dalamyr uśmiechnął się blado.
— Spodziewałem się niczego mniej.
Madril odetchnął ciężko.
— Zatem to postanowione. Sojusz, którego nikt by się nie spodziewał… i którego wszyscy będziemy się lękać.
Faramir spojrzał ku oknu, gdzie fale odbijały światło księżyca.
— Niech kronikarze przyszłych dni zapiszą, że tej nocy dawni wrogowie podali sobie ręce — nie z przyjaźni, lecz z konieczności.
Boromir milczał, lecz jego dłoń nie spoczywała już na mieczu.
A morze, jakby słysząc ich przysięgę, zawyło gdzieś w oddali — głosem starego świata, który wiedział, że nadchodzi próba, jakiej nie widziano od wieków.
