Peter_Crowfin (Maggotkin of Nurgle)
[Prolog]
... I oto stałem. Po zwycięskiej bitwie w imię dzielenia się błogosławieństwem plagi, ukazała się przede mną brama.
Usłyszałem głos, mimo że słyszałem go po raz pierwszy, wydawał się on znajomy.
~Dzielny wojowniku, doceniam twe poświęcenie i jako dowód mojej wdzięczności nagradzamy cię zaszczytem jakim jest krucjata w krainie Ghyranu~
Zamarłem. To był on, zwrócił się do mnie osobiście. Doznałem zaszczytu, o którym większość może tylko pomarzyć.
-O wielki Władco Zarazy, słyszę twe wołanie i dziękuję za ten wielki zaszczyt-
~Zgromadź swe wojska i wyrusz do Ghyranu. Od teraz będziesz nosić imię "Lord Veil Bubonis, Zasłona Pomoru", a twe wojska będą znane jako "Legiony Czarnej Plagi"~
I tak też zrobiłem. Czasu nie było dużo, zabrałem więc ze sobą jedynie najlepszych i najbardziej zasuszonych wojowników.
Oddział kawalerzystów na rozkładających się wierzchowcach z młotami przepełnionymi zarazą, wraz z ich dowódcą - mnichem przynoszącym plagę i rozkład.
Batalion piechoty o zbrojach i skórze tak twardych, a mieczach tak spaczonych, że z każdej bitwy uchodzili bez szwanku. Towarzyszyć im będzie Lord Plagi zasłużony wojownik z oddziału Putridow.
Ja sam dosiadłem potwornej bestii i ruszyliśmy podbijać Ghyran i szerzyć błogosławieństwo zarazy i rozkładu ...
[Rozdział 1] Obrona leśnej twierdzy
Po dotrarciu do Ghyranu rozbiliśmy obóz w ruinach starej twierdzy. Warunki były idealne, nie dość że budynek przeżarty był zgnilizną, to wszędzie walały się martwe szczury, zapewne zabite jakąś chorobą.
Jednak niedługo po dotarciu i zadomowieniu się, usłyszeliśmy dalekie dudnienie. Wystarczył jeden rzut oka i zauważyliśmy na choryzoncie trzy wielkie, włochate bestie, dosiadanie przez ludzi rządnych krwi i mięsa.
Było oczywiste, że jeżeli któryś z nich dotrze do naszego miejsca obozu, nie zostanie z niego nic prócz gruzu. Zadanie było więc jasne - nie dopuścić, aby którykolwiek z nich przedarł się do twierdzy, bo inaczej stracimy ważny strategicznie punkt.
Nie było to proste, mimo że przeciwnicy nie było liczni, to trzymali się razem, a zatrzymanie trzech wielkich, rozpędzonych mamutów, jest praktycznie niemożliwe. Na szczęście Dziadek Nurgle nie zostawił nas samych, przy pomocy Gnarlmawa i okolicznych skalistych terenów, udało nam się zatrzymać i osłabić siły przeciwnika. Ja sam i moja kawaleria przepłaciliśmy życiem to starcie.
Jako druga linia obrony, nadszedł Legion Rdzawych Mieczy. Udało im się zabić drugą bestię, lecz dla wrogiego generała byli jedynie smacznym kąskiem.
Ostatnią szansą na obronę naszej twierdzy był Klecha Rozkładu, który przez całą potyczkę osłabiał oddziały przeciwnika swoimi modłami, jednak kiedy został sam na polu bitwy, postanowił poświęcić się w imię obrony obozu.
Jednak wrogi generał nawet na niego nie spojrzał, kroczył dalej w stronę twierdzy i moment, w którym do niej dotarł, twierdzą obrzuciła się w pył, a na powrocie dobił wcześniej wspomnianego mnicha.
Straciliśmy nasz obóz, jednak każdy z nas wyniósł z tej potyczki doświadczenie, które pomoże nam w późniejszych bitwach...
[Rozdział 2] Starcie z niewiernymi
Nie wyruszyliśmy do Ghyranu jako jedyni, było to wiadomo od początku. Ta kraina jest zbyt obfita w zasoby naturalne i zbyć ważna strategicznie, żeby ją przeoczyć. Jeżeli pozwolimy wrogim wojskom za bardzo się rozwinąć, nie będziemy mieli szans na jej podbicie. Naszym następnym zadaniem więc było stoczenie bitwy z [armia jerrego].
Próbowaliśmy zaskoczyć wroga, jednak Krasnoludy Chaosu były gotowe na zasadzkę. Jedynie zbliżyliśmy się do ich terytorium i od razu staliśmy się celem ostrzału z żelaznego moździerza.
Zwróciliśmy się więc o pomoc do Władcy Zarazy, który słysząc modły Klechy Rozkładu, postanowił zaingerować w wynik bitwy. Przywołał on niestabilną kulę zmutowanych nurglingów nasączoną taką ilością zarazy, że w momencie eksplozji, zniszczy wszystko w sporej odległości.
Wystarczyło więc "przekopać" kulę na stronę wroga i nie dopuścić, aby znalazła się ona w pobliżu wojsk sojuszniczych, ponieważ eksplozja byłaby zabójcza nawet dla pobłogosławionych śmiertelników.
Wrogi generał - Jerr Popielny, domyślił się naszych zamiarów, więc jako pierwszy znalazł się przy "piłce" i wyrzucił ją w bok aby jego wojska broniły ją przed nami. Rozkazałem więc moim wojskom, aby zabiły Krasnoluda na skrzydlatym byku, a ja sam zająłem się odzyskaniem kuli zarazy.
Pierwsza do ataku przystąpiła Kawaleria Zgorzkniałości, jednak nie dorastała ona do pięt wrogiemu generałowi i poległa przy pierwszym kopniaku zadanym przez wielką maszynę. Widząc jak moje wojska padają, posłałem im na pomoc Niewymiarowe Wahadło, które miało wspomóc Legion Rdzawych Mieczy w drugim natarciu.
Ja sam przed dosyć długi czas zmagałem się z wrogą piechotą i ostrzałem artyleryjskim, jednak końcowi przebiłem się przez osłonę wroga i dotarłem do kuli demonów, którą wyrzuciłem w stronę przeciwnika. Niedługo po tym Jerr Popielny poległ, a razem z nim wszystkie wojska, jakie wezwał do pomocy w bitwie z nami.
Bitwa zakończyła się sukcesem, a Krasnoludy Chaosu poległy z kretesem, jednak niezależnie od wyniku, obie armie urosły w siłę...
[Rozdział 3] Szerzenie Plagi
RudyJerry (Helsmiths of Hashut)
Wpis pierwszy - Srebrne Bramy Wyr
Zapisane Moją ręką, Jerra Popielnego Starszego w obecności świadków, którzy lepiej, żeby nie czytali.
Dzień pierwszy
Urak Taar mnie wybrał. Nie posłał Mnie - WYBRAŁ. Na tym polega różnica, której ci głupcy nie pojmują. Inni dostają rozkazy przez kurierów, Mnie wezwał osobiście w Cienie Wiecznego Płomienia i spojrzał Mi w oczy mówiąc "Jerr". Tylko tyle wystarczyło. On nic więcej nie musiał.
Dał mi Czcigodnego Byka. Nie pożyczył. DAŁ. Ma On cielsko starsze niż nie jedno miasto, pismo klinowe na nim tak gęste, że nie widać pod nim metalu, z którego został zrobiony. Ta machina zna mnie już lepiej niż moi właśni pobratymcy. Lekki ruch głową i on już wie kogo staranować. Z tym bykiem pod swoimi stopami nie jestem już zwykłym Popielnym Starszym - Jestem manifestacją woli Hashuta poza granicami Zharrdronu.
A granicę właśnie przekroczyłem. Ghyran.
Zielona i wilgotna kraina. Pełna życia i surowców, które tylko czekają aby Moja ręka się na nich położyła. Nie ma tutaj jeszcze zbudowanej Kuźni, ale Ja tu jestem żeby to zmienić. Ta kraina zacznie krwawić dla Hashuta.
Kilka słów o tych co ze Sobą zabrałem:
Demoniczny Kowal. Nie zasłużył jeszcze bym zapamiętał jego imię. To z nim jest związany Silnik Zagłady. Automat słucha tylko jego. To dobrze. Błędy jednego będą ich wspólne, więc gdy jeden zawiedzie obaj trafią jako pokarm dla Wiecznego Płomienia.
Działo bombardujące używane do perswazji. Bombardowanie Ghyranu to nie akt zniszczenia, to INWESTYCJA. Każdy wystrzał to przypomnienie, że ta kraina ma właściciela.
Piekielna Kohorta z włóczniami. Pospólstwo, ci którzy nie potrafią utrzymać swojego bogactwa i co gorsza, kiepsko czytają umowy. Wziąłem ich, żeby nie martwić się tym co wysłać na śmierć.
Piekielni Niszczyciele z miotaczami płomieni. Ci są warci Mojej uwagi. Mają czempiona, Mojego kuzyna, Imhe. On wie kiedy teren przed nami ma być spalony, a kiedy ma służyć jako przeszkoda dla przeciwnika. To oni będą szerzyć popiół w imieniu Hashuta. Lubię patrzeć jak Ghyran stoi w płomieoniach - nie dla zniszczenia, lecz dla OCZYSZCZENIA.
Wpis drugi - Pierwsze starcie.
Dzień trzeci
Ledwo rozstawiłem surowce w obozie. Nasza lokomotywa dopiero trafiła na tory, gdy z niebieskiej mgły wypadł Tza'Neth the Burning Mind ze swoją zgrają demonów i wiernych. Znikąd pojawiły się też 2 żarliwe skorupy, monumenty tzeentchowej pychy. Myśleli, że zaskoczą Zharrdrona przy rozładunku.
Zaskoczyli, ale nie tak, jak chcieli.
Zostawiłem resztę zostawiając Demonicznemu Kowalowi proste rozkazy - "Pilnuj naszych surowców i zniszcz ten przeklęty monument.". Miał do użytku Wszystkich, których ze sobą zabraliśmy...
JA sam wskoczyłem na Mojego Byka i ruszyłem ku drugiej Żarliwej Skorupie, bo tak właśnie skończyła, roztrzaskana jak łupina orzecha, a to wszystko za jednym machnięciem mojego miecza. Oświecone tzaangory widząc to jak ich budowa znika w kurzu walki rzuciły się na Mnie. Cała szarża, cały ich taniec, a Ja nie poczułem nic - NIC. Mój Czcigodny Byk machnął swoimi kopytami i połowa oddziału zniknęła.
A ich generał? SCHOWAŁ się w tej swojej iluzji. Pierwszy raz widziałem żeby ktoś uciekał przed bitwą, którą SAM zaczął.
I tu był moment, kiedy Mnie zaskoczył. Tza'Neth rzucił Mi wyzwanie. Schował swoją kawalerię i sam pojawił się przede mną. SAM. Bez obstawy. Bez gwardii, bez niczego. Jakby zapomniał kim Ja jestem.
Ja nie zapomniałem.
Dopadłem go i przeciąłem zanim zdążył jęknąć choć jedno słowo. Wrogi generał nie żyje. Z Mojej ręki.
Pomiot Chaosu jednak ma w sobie trochę lojalności, ale za to brak jakichkolwiek myśli. Rzucił się na Mnie. Na MNIE. choćby ich było 20 to nie byliby wstanie zostawić nawet rysy na Moim Byku.
A Silnik Zagłady? Dopadł Klątwomiota i go unicestwił. Demoniczny Kowal teraz za karę czyści jego maczugi.
Bo to przez niego. Demoniczny Kowal mnie zawiódł. Miał zniszczyć odłamek - nie podołał. Miał dogonić Akolitów i zmusić ich do walki - nie zrobił nic. NIC. Wraz z Piekielną Kohortą człapał się na tyłach, podczas gdy wróg swobodnie się wycofywał i przegrupowywał. Gdyby dopadł tych Akolitów w decydującym momencie bitwa byłaby skończona. Zwycięstwem.
A tak? Tzaangory wróciły na pole bitwy, uwolniły demony zamknięte w klatkach i zniknęły zanim zdążyliśmy temu zapobiec.
Demoniczny Kowal i Piekielna Kohorta przegrali tę bitwę. Nie Ja.
Wpis trzeci - Choroba trawiąca tą ziemię
Ledwo się zebraliśmy po ostatniej potyczce, a tu nagle nasiono spadło z nieba. Było ogromne i Ja od razu poczułem od niego zgniliznę Nurgle'a. Wyrzuciłem je poza nasze granice i kazałem Piekielnej Kohorcie tego pilnować a Piekielni Niszczyciele mieli im asystować. Wtedy z lasów wyłonili się oni - Wojownicy pana Zarazy. Rzucili się na Mnie nakładając swoje klątwy. Pierwsza była ich kawaleria, której szarżę przyjąłem na Siebie. Nie zrobili Mi nic poza pobrudzeniem Mojego Byka. Ich kapłan też padłby Moją ofiarą, ale zdążył uciec. Zniknął Mi z oczu tylko po to żeby przyprowadzić posiłki. Druga fala tej zarazy, przez którą zostałem otoczony, sprawiła że nie miałem jak się bronić. Demoniczny Kowal z Silnikiem zagłady byli za wolni z pomocą, a Moje działo Bombardujące czekało na rozkazy.
Byliśmy w doskonałej pozycji. Ja na czele. Kohorta pilnująca zakażonego nasiona, a moje wsparcie zasięgowe w pozycji by strzelać.
Padłem.
Nie dlatego, że byłem słaby. Nie dlatego, że Byk zawiódł. Dlatego, że przyszli na Mnie wszyscy na raz - a Ja stałem SAM, bo nikt Mnie nie osłonił.
Piekielna Kohorta wypełniała swój obowiązek - dłużej niż się mogłem po nich spodziewać, ale i oni padli dopuszczając wrogiego generała do nasiona. Nasiona, które sprowadziło na nas zarazę i chorobę.