Anton (Disciples of Tzeentch)
Korowód Płonącego Umysłu W dusznych, skażonych ostępach Ghyranu krąży widmo, przed którym drżą nawet mroczne pomioty – Tza’neth, the Burning Mind. Dawniej zwykły szaman Tzaangorów, w swym pociągu do zakrzywiania przeznaczenia rzucił wyzwanie samemu Architektowi Losu. W nagrodę za tę pychę Tzeentch spowił jego umysł wiecznym pędem: Tza’neth nie potrafi się zatrzymać, a fizyczny bezruch oznacza dla niego zamrożenie percepcji i powolny rozpad. Niesiony furią demonicznych płaszczek – Szybkiego i Wściekłego – ślizga się na swym rydwanie ponad ściółką, wiedziony wizją legendarnego Zegara bez Wskazówek, który ma ujarzmić jego szaleństwo. W głębi dzikich puszcz jego drogę przecięła inna siła – zorganizowana banda fanatycznych Kairic Acolytes, którymi dowodził Curseling, Eye of Tzeentch. Badając tutejsze anomalie, Curseling spojrzał na pędzącego szamana swoim pasożytniczym okiem i pojął, że owa "klątwa" to w istocie boski znak oraz wyższa próba. Zamiast walki, zaoferował przymuszonemu do jazdy Tza’nethowi potęgę swych sług. Odtąd podążają razem przez zielone piekło Blighted Wilds, gdzie każdy krok to walka z czasem i przeznaczeniem. W ich cieniu powleka się jedynie Chaos Spawn – bezkształtna, zmutowana masa dawnych błędów, domykająca ten mroczny, nieustający pochód. Próba w obozie wroga Gdy zwiadowcy bandy wyśledzili obozowisko wyznawców Hashuta, których okrutne machiny wojenne napędzane były zniewolonymi demonami, Tza’neth i jego ludzie postanowili uderzyć znienacka. Pędzący na czele Tzaangor Enlightened ruszyli w sam środek wrogiego obozu, by rzucić się na generała. Lecz w ułamku sekundy ich ciosy omsknęły się w próżnię – Tzeentch zadrwił z ich żądzy prostej rzezi, pokazując, że prawdziwym celem jest coś innego. Pomijając bezowocny pojedynek, lotnicy dotarli do skrytki z uwięzionym demonem. Zamiast go niszczyć, zaoferowali mu wolność w zamian za pakt – a ten, pałając nienawiścią do swych dotychczasowych oprawców, dobrowolnie oddał się w służbę pędzącej bandy, pieczętując ich triumf. Gdy kurz bitewny opadł, Tza’neth wtopił swego nowego, ochotniczego sojusznika w sam środek wzniesionego przyczółka: potężnego kryształu osadzonego na platformie, który z głuchym zgrzytem przebił podłoże Ghyranu od spodu. Uwięziona w nim istota stała się żywym sercem tej mistycznej anomalii, zasilając pędzącą domenę nową, dziką mocą. Nocny podchód i pęknięcie losu W kolejnym starciu obozy bandy Tza’netha i Kruleboyz stanęły naprzeciw siebie w gęstej, skażonej nocy. Żadna ze stron nie ryzykowała rozbicia nienaruszonego szyku, tocząc ciche podchody wokół pulsującego na niczyjej ziemi artefaktu i próbując podstępem wepchnąć go na terytorium wroga. Podczas drugiej nocy, gdy ładunek tkwił już niemal na krawędzi obozu orków, z mroku wyłoniły się spóźnione posiłki Monstakillaz, uderzając z flanki i brutalnie odbijając artefakt w głąb pola starcia. Trzeciej i czwartej nocy lecący na dyskach Tzaangor Enlightened rzucili się w śmiertelny wir walki. Krwawiąc pod ciosami Kruleboyz, uwięzili wroga w szachu i kupili cenny czas, aż pędzący na krawędzi obłędu Tza’neth w porywie woli dopadł artefaktu, ostatecznie przepychając go w trzewia obozowiska orków i wyrywając zwycięstwo z rąk zielonoskórych. Tak drastyczna wolta losu – od groźby klęski po heroiczny triumf – wywołała wyrwę w przestrzeni, która przyciągnęła czujne oko Gaunt Summonera. Zmaterializował się bezszelestnie, lewitując nad ociekającą krwią ziemią spowity czarnym dymem; zaintrygowany hartem ducha generała i skokiem przeznaczenia, zstąpił w szeregi bandy, stając u boku Curselinga z własnej, chłodnej kalkulacji.
RudyJerry (Helsmiths of Hashut)
Wpis pierwszy - Srebrne Bramy Wyr Zapisane Moją ręką, Jerra Popielnego Starszego w obecności świadków, którzy lepiej, żeby nie czytali. Dzień pierwszy Urak Taar mnie wybrał. Nie posłał Mnie - WYBRAŁ. Na tym polega różnica, której ci głupcy nie pojmują. Inni dostają rozkazy przez kurierów, Mnie wezwał osobiście w Cienie Wiecznego Płomienia i spojrzał Mi w oczy mówiąc "Jerr". Tylko tyle wystarczyło. On nic więcej nie musiał. Dał mi Czcigodnego Byka. Nie pożyczył. DAŁ. Ma On cielsko starsze niż nie jedno miasto, pismo klinowe na nim tak gęste, że nie widać pod nim metalu, z którego został zrobiony. Ta machina zna mnie już lepiej niż moi właśni pobratymcy. Lekki ruch głową i on już wie kogo staranować. Z tym bykiem pod swoimi stopami nie jestem już zwykłym Popielnym Starszym - Jestem manifestacją woli Hashuta poza granicami Zharrdronu. A granicę właśnie przekroczyłem. Ghyran. Zielona i wilgotna kraina. Pełna życia i surowców, które tylko czekają aby Moja ręka się na nich położyła. Nie ma tutaj jeszcze zbudowanej Kuźni, ale Ja tu jestem żeby to zmienić. Ta kraina zacznie krwawić dla Hashuta. Kilka słów o tych co ze Sobą zabrałem: Demoniczny Kowal. Nie zasłużył jeszcze bym zapamiętał jego imię. To z nim jest związany Silnik Zagłady. Automat słucha tylko jego. To dobrze. Błędy jednego będą ich wspólne, więc gdy jeden zawiedzie obaj trafią jako pokarm dla Wiecznego Płomienia. Działo bombardujące używane do perswazji. Bombardowanie Ghyranu to nie akt zniszczenia, to INWESTYCJA. Każdy wystrzał to przypomnienie, że ta kraina ma właściciela. Piekielna Kohorta z włóczniami. Pospólstwo, ci którzy nie potrafią utrzymać swojego bogactwa i co gorsza, kiepsko czytają umowy. Wziąłem ich, żeby nie martwić się tym co wysłać na śmierć. Piekielni Niszczyciele z miotaczami płomieni. Ci są warci Mojej uwagi. Mają czempiona, Mojego kuzyna, Imhe. On wie kiedy teren przed nami ma być spalony, a kiedy ma służyć jako przeszkoda dla przeciwnika. To oni będą szerzyć popiół w imieniu Hashuta. Lubię patrzeć jak Ghyran stoi w płomieoniach - nie dla zniszczenia, lecz dla OCZYSZCZENIA. Wpis drugi - Pierwsze starcie. Dzień trzeci Ledwo rozstawiłem surowce w obozie. Nasza lokomotywa dopiero trafiła na tory, gdy z niebieskiej mgły wypadł Tza'Neth the Burning Mind ze swoją zgrają demonów i wiernych. Znikąd pojawiły się też 2 żarliwe skorupy, monumenty tzeentchowej pychy. Myśleli, że zaskoczą Zharrdrona przy rozładunku. Zaskoczyli, ale nie tak, jak chcieli. Zostawiłem resztę zostawiając Demonicznemu Kowalowi proste rozkazy - "Pilnuj naszych surowców i zniszcz ten przeklęty monument.". Miał do użytku Wszystkich, których ze sobą zabraliśmy... JA sam wskoczyłem na Mojego Byka i ruszyłem ku drugiej Żarliwej Skorupie, bo tak właśnie skończyła, roztrzaskana jak łupina orzecha, a to wszystko za jednym machnięciem mojego miecza. Oświecone tzaangory widząc to jak ich budowa znika w kurzu walki rzuciły się na Mnie. Cała szarża, cały ich taniec, a Ja nie poczułem nic - NIC. Mój Czcigodny Byk machnął swoimi kopytami i połowa oddziału zniknęła. A ich generał? SCHOWAŁ się w tej swojej iluzji. Pierwszy raz widziałem żeby ktoś uciekał przed bitwą, którą SAM zaczął. I tu był moment, kiedy Mnie zaskoczył. Tza'Neth rzucił Mi wyzwanie. Schował swoją kawalerię i sam pojawił się przede mną. SAM. Bez obstawy. Bez gwardii, bez niczego. Jakby zapomniał kim Ja jestem. Ja nie zapomniałem. Dopadłem go i przeciąłem zanim zdążył jęknąć choć jedno słowo. Wrogi generał nie żyje. Z Mojej ręki. Pomiot Chaosu jednak ma w sobie trochę lojalności, ale za to brak jakichkolwiek myśli. Rzucił się na Mnie. Na MNIE. choćby ich było 20 to nie byliby wstanie zostawić nawet rysy na Moim Byku. A Silnik Zagłady? Dopadł Klątwomiota i go unicestwił. Demoniczny Kowal teraz za karę czyści jego maczugi. Bo to przez niego. Demoniczny Kowal mnie zawiódł. Miał zniszczyć odłamek - nie podołał. Miał dogonić Akolitów i zmusić ich do walki - nie zrobił nic. NIC. Wraz z Piekielną Kohortą człapał się na tyłach, podczas gdy wróg swobodnie się wycofywał i przegrupowywał. Gdyby dopadł tych Akolitów w decydującym momencie bitwa byłaby skończona. Zwycięstwem. A tak? Tzaangory wróciły na pole bitwy, uwolniły demony zamknięte w klatkach i zniknęły zanim zdążyliśmy temu zapobiec. Demoniczny Kowal i Piekielna Kohorta przegrali tę bitwę. Nie Ja. Wpis trzeci - Choroba trawiąca tą ziemię Ledwo się zebraliśmy po ostatniej potyczce, a tu nagle nasiono spadło z nieba. Było ogromne i Ja od razu poczułem od niego zgniliznę Nurgle'a. Wyrzuciłem je poza nasze granice i kazałem Piekielnej Kohorcie tego pilnować a Piekielni Niszczyciele mieli im asystować. Wtedy z lasów wyłonili się oni - Wojownicy pana Zarazy. Rzucili się na Mnie nakładając swoje klątwy. Pierwsza była ich kawaleria, której szarżę przyjąłem na Siebie. Nie zrobili Mi nic poza pobrudzeniem Mojego Byka. Ich kapłan też padłby Moją ofiarą, ale zdążył uciec. Zniknął Mi z oczu tylko po to żeby przyprowadzić posiłki. Druga fala tej zarazy, przez którą zostałem otoczony, sprawiła że nie miałem jak się bronić. Demoniczny Kowal z Silnikiem zagłady byli za wolni z pomocą, a Moje działo Bombardujące czekało na rozkazy. Byliśmy w doskonałej pozycji. Ja na czele. Kohorta pilnująca zakażonego nasiona, a moje wsparcie zasięgowe w pozycji by strzelać. Padłem. Nie dlatego, że byłem słaby. Nie dlatego, że Byk zawiódł. Dlatego, że przyszli na Mnie wszyscy na raz - a Ja stałem SAM, bo nikt Mnie nie osłonił. Piekielna Kohorta wypełniała swój obowiązek - dłużej niż się mogłem po nich spodziewać, ale i oni padli dopuszczając wrogiego generała do nasiona. Nasiona, które sprowadziło na nas zarazę i chorobę.
No battle report for this game yet.

