Pacha (Lothlorien)
W dolistnych głębiach Lothlórien, gdzie światło przeświecało przez liście mallornów niczym pamięć dawnych dni, zebrali się ci, którzy mieli opuścić Złotą Knieję. Na czele stanęła Galadriela — wysoka, świetlista, a w spojrzeniu jej migotała wiedza wielu er, jakby każdy promień odbity od jej źrenic był odłamkiem gwiazd z czasów, gdy świat dopiero budził się do istnienia. U jej boku kroczył Celeborn, siwy niczym pień najstarszego drzewa, ale silny, trafny w słowach i jeszcze trafniejszy w rozkazach. A obok nich Rumil, strażnik granic, który widział więcej niż wielu śmiertelnych byłoby w stanie znieść, a mimo to pozostał nieugięty i pełen hartu. Wyruszali na zachód, prowadzili ze sobą elfy pamiętające pierwszą erę — długowieczne niczym rytmy samego świata. Byli wśród nich ci, którzy walczyli w Dolinie Tumultów i ci, co widzieli ogień smoków spadający na wieże Gondolinu; elfy, które potrafiły jeszcze unieść miecze z tą samą przysięgą, z jaką noszono je w dniach, gdy bohaterowie z pieśni byli ich towarzyszami, a nie legendami padającymi z ludzkich ust. Marsz ich był powolny, dostojny, przepełniony powagą kończącej się epoki. I niósł się śpiew — potężny, a zarazem tęskny, jakby echo wypraw z czasów, gdy świat pachniał świeżością, a nic nie było stracone. Śpiewali o Eldamarze, do którego zmierzali; o gwiazdach zapalonych przez Vardę; o lasach młodszych niż sama pamięć elfów, a jednak pełnych życia, które wciąż nie chciało ustąpić napierającemu Czasowi. Pieśń dodawała męstwa, choć nie było już bitew do stoczenia ani murów do obrony — była to odwaga potrzebna, by opuścić to, czego było się strażnikiem przez tysiąclecia. Galadriela, idąc na czele, w dłoniach niosła nie tylko las, który ukochała, lecz także pewność — widziała bowiem w swoim Zwierciadle, zanim jeszcze zarządzono wymarsz, jak fale Zapomnianego Zachodu przyjmują ją w triumfie. Widziała świat wolny od cienia, który tak długo przyklejał się do losów elfów i ludzi. I miała wiedzę, że tak jak zwycięstwo było nieuniknione, tak samo nieunikniony był ten marsz — opuszczenie Śródziemia, odejście z miejsc, które zbyt szybko kruszały pod żarem czasu. — Wyruszamy — rzekła cicho, choć jej głos poniósł się aż na skraje polan jak srebrzysta fala. — Bowiem nic, co stworzone w świecie śmiertelnych, nie zatrzyma biegu przemijania. Celeborn skinął tylko głową, jak ktoś, kto dawno pogodził się z tym, że pomimo wszelkiej potęgi elfiego rodu, nawet oni nie mogą zatrzymać nadejścia nowych epok. Rumil zaś dźwignął swój łuk i ruszył w ślad za nimi, czując na plecach spojrzenia młodszych elfów. Dla nich był wzorem wojownika, ale i on wiedział, że z każdym krokiem oddalają się od miejsc, gdzie rósł ich ród, i wchodzą na drogę, z której nie ma powrotu. A Lothlórien — złota, wieczna w obrazach i świetle — pozostawała za nimi coraz bardziej cicha i coraz bardziej pusta. Tylko śpiew wędrował jeszcze między drzewami, odbijając się na pożegnanie od gładkich kory mallornów: „Choć czas nas od świata oddala, Choć dni minionych blask przygasa, W pieśni żyjemy, póki trwa pamięć, A pamięć jest wieczna jak droga do gwiazd.” I tak szli — powoli, lecz nieubłaganie — ku brzegom, gdzie kończą się ścieżki śmiertelnych, a zaczyna bezczas. Ich wymarsz był cichy, jak domknięcie księgi, której nie trzeba już dalej pisać, bo jej opowieść została spełniona.

No battle report for this game yet.







