Maslo (Reclamation of Osgiliath)
Na północnym wschodzie, tam gdzie mapy kończyły się ślepo, a dalej zaczynały jedynie podszepty starych przewodników, szumiała puszcza – dzika, nieznana i niepokojąco milcząca. Właśnie ku niej, o brzasku dnia ciężkiego jak ołów, ruszył wymarsz. Boromir, syn Denethora, jechał na czele. Jego spojrzenie miało w sobie ten rodzaj twardości, który rodzi się tylko w Osgiliath – mieście, gdzie każdy kamień pamiętał krew i upór ludzi. Obok niego kroczył Faramir, spokojniejszy, ale z tym samym żelaznym rdzeniem w sercu; a za nimi Madril, znany w całym Ithilien z tego, że potrafił wyczuć zasadzkę na milę, a może i dalej, jeśli wiatr sprzyjał. Oddziały rosły z każdym krokiem. Z Osgiliath dołączały grupy weteranów – ludzi, których blizny miały własne blizny, a pamięć bitwy była dla nich jak modlitwa. Za ich pancerzami nie pobłyskiwało piękno – jedynie funkcja i trwałość. Piechota, szerokotarczowa i zwartej postury, maszerowała z rytmem pewnym, niekiedy wręcz niepokojąco rytualnym. Gdy ustawiali się pod sztandarem białej wieży, bieli tej nie mąciła żadna trwoga – choć mogła. Bo trwoga szła za nimi, czy może raczej przed nimi, zwiastowana skrzydłem i skrzekiem. Kruki. Coraz więcej kruków. Zjawiały się na skraju wzroku, siadały na gałęziach, przekrzywiały głowy jak sędziowie oceniający, czy warto jeszcze czekać na wyrok. W ich oczach coś błyszczało – a każdy weteran wiedział, że nie był to blask przyjazny. – Krucze poselstwo – mruknął Madril, zaciskając palce na drzewcu włóczni. – Gdzie one, tam i horda. A o hordach szeptano od miesięcy. O dzikiej masie zła, które nie miało imienia, bo imię zmieniałoby się szybciej niż wiatr nad Anduiną. Raz mówiono o cieniach bez twarzy, kiedy indziej o bestiach, które nocą potrafiły zwinąć człowieka jak płótno namiotu i zniknąć z nim w mroku. Nikt nie wiedział, czym naprawdę były, ale wszyscy wiedzieli jedno: nadchodziły. Boromir ściągnął wodze i spojrzał na puszczę majaczącą w oddali jak otwarty pysk pradawnej bestii. – Nie musimy wiedzieć, co tam jest – powiedział. – Wystarczy, że wiemy, iż trzeba temu stawić czoła. Faramir skinął głową, nie mówiąc nic. Madril splunął na ziemię dla odpędzenia złych omenów. Oddziały ruszyły dalej, ciężko i zgodnie, jakby każdy krok wbijał w ziemię obietnicę. A nad nimi kruki zataczały kręgi.

No battle report for this game yet.







